Bieganie

Jestem człowiekiem, który w bieganiu zakochał się dość późno. Jak mówią w wielu filmach romantycznych: późna miłość jest szczera i głębsza od innych. I to chyba prawda. Być może nigdy nie zainteresowałbym się sportem na taką skalę, gdyby nie zalecenie lekarza. Po 40-ce poszedłem na badania kardiologiczne i pan doktor powiedział mi, że muszę koniecznie schudnąć, jeśli chcę pożyć w dobrej kondycji jeszcze trochę. Przy wzroście 171 cm ważyłem 92 kilogramy, co stanowiło duże obciążenie dla mojego serca, stawów, a nawet układu nerwowego.

Ja na maratonie w Paryżu.

Zabrałem się od razu za siebie. Kibicowała mi rodzina. Syn, który wtedy grał w piłkę, zachęcił mnie do wspólnego wysiłku. Razem biegaliśmy, więc miałem dobry wzór. Na początku trudno mi było przebiec nawet 100 czy 200 metrów. Dostawałem zadyszki. Gdy mój syn odbiegał daleko do przodu, ja nie miałem już siły, żeby pójść za nim truchtem. Tydzień po tygodniu stawałem się coraz silniejszy, i co za tym idzie dotrzymywałem mu kroku coraz dłużej.

Kiedy pierwszy raz samodzielnie przebiegłem dłuższy dystans poczułem wolność. Mogłem wreszcie poznać inną stronę własnego ciała. Wdychając masę powietrza do płuc czułem świeżość i energię otaczającej mnie natury. Wydawało mi się, że jestem tak silny, że mogę latać, a każdy krok dodawał mi jeszcze sił. Moje pierwsze dłuższe marszobiegi nie miały więcej niż kilka kilometrów, ale już wtedy wiedziałem, że to jest zajęcie, które zmienia moją osobowość.

W czasie samotnych wycieczek mogłem zapomnieć o innych problemach tego świata, skupić się wyłącznie na tym, by postawić następny krok. To bardzo odświeżające uczucie, zupełnie tak, jakbyśmy wkroczyli do świata, gdzie nie ma zmartwień ani obowiązków. Byłem tylko ja i droga, a już wkrótce kilka kilometrów przestało mi wystarczać.

Trener piłki nożnej, pracujący z moim synem organizował program „I ty możesz zostać maratończykiem”. Nie potrzeba było wiele czasu, bym mógł w to uwierzyć i z ochotą się zapisałem na zajęcia. Moje ciało szybko nabrało kondycji, a koledzy i koleżanki dopingowali mnie do regularnej pracy. Sam trener też był człowiekiem umiejącym zarazić swoich uczniów pasją do sportu. Już wtedy wiedziałem, że złapałem bakcyla na tyle, żeby nie odpuszczać sobie w żadnej sytuacji.

Przekonałem się też, że bieganie łatwo można połączyć z fotografowaniem, czyli moją drugą pasją, z którą nie rozstaję się gdziekolwiek jestem i cokolwiek przychodzi mi zrobić. Trasy na których bywałem, stanowiły okazję do wypatrzenia atrakcyjnych obiektów i krajobrazów. Chętnie wracałem tam dotarłszy do mety. Moja praca uniemożliwiała mi uczestnictwo we wszystkich treningach.

Później przyszedł czas na pierwszy maraton. umówiłem się z synem, że na 30 km będzie na mnie czekał i ostatnie kilometry pobiegnie przy mnie. Na półmetku miałem czas poniżej 2 godz. Pomyślałem ze jest szansa zaliczyć maraton w 4 godz i przyspieszyłem i to był błąd.

Udział Dawida w tym przedsięwzięciu był decydujący, gdyż prawdopodobnie sam odpuściłbym gdzieś około 30 km gdyż miałem kryzys . Mówiąc w żargonie biegaczy złapałem ścianę.Chciałem zrezygnować, ale z jednej strony wiedziałem, że ktoś biegnie obok, a z drugiej po prostu się zawziąłem.

Kiedy patrzyłem na twarz Dawida, dostawałem kolejnych zastrzyków adrenaliny. Praktycznie wszystko mnie bolało i ledwo mogłem złapać oddech, ale nogi same przesuwały się w kierunku mety. Dawid cały czas mnie mobilizował, polewając mi głowę wodą i dopingując słowami „dawaj tato”

Końcówka biegu była nieprzyjemna, ale już dotarcie na metę to naprawdę wielka radość. Ze szczęścia rozpłakałem się. Po przybyciu do domu dostałem gorączki i długo nie mogłem dojść do siebie. Przemęczony organizm wymagał odpoczynku, więc w środku dnia położyłem się do łóżka.

Do biegania wróciłem po 2-3 latach, tym razem jednak bardziej świadomy tego co mnie czeka. Praca w Niemczech dała mi nowe możliwości uprawiania tego sportu, gdyż ludzie wokół mnie ruszali się praktycznie każdego dnia. U naszych zachodnich sąsiadów wszędzie są trasy biegowe i rowerowe, i prawie nigdy nie świecą pustkami. Gdy biegałem, całe rodziny mijały mnie, zajęte wspólnym wysiłkiem.

Wszędzie gdzie spojrzałem widziałem ludzi w różnym wieku, uprawiających różne dyscypliny sportu. Myślę, że Polacy zbyt dużo siedzą w domach, a na podwórko wychodzą jedynie do pracy lub po zakupy. Zarówno fotografia, jak bieganie, czy długie spacery sprzyjają obcowaniu z naturą. To ona właśnie daje motywację do tego, żeby ciągle poszukiwać niezapomnianych wrażeń. Ja dodatkowo zawsze pragnę umieszczać je w obiektywie aparatu.

Najczęściej codziennie biegałem trasy od 10 do 15 km. Mam na swoim koncie kilka półmaratonów i maratonów. Przed każdym takim wydarzeniem robiłem większe wybieganie. Przez parę tygodni a najczęściej w niedziele musiałem przebiec od 20 do 30 km co dawało mi przekonanie, że ukończę finalny bieg. Najważniejsze było wyjście na trening i zrobienie pierwszych kilkuset metrów. Nie zawsze jest na to ochota, ale po takim dystansie zwykle organizm sam przejmuje kontrolę.

Człowiek porusza się automatycznie, a kolejne kilometry mijają bardzo szybko. Lubiłem to szczególnie, gdy była zła pogoda, bo wtedy mogłem poczuć bardziej wysiłek na własnej skórze. Dużo łatwiej jest biec przy 20, czy 23 stopniach, gdy pcha cię do przodu delikatny, ciepły wiatr. Sytuacja zmienia się radykalnie, kiedy zamiast orzeźwiającego podmuchu uderza ci w oczy zimny deszcze.

Ja i Haile Gebrselassie – najlepszy maratończyk w historii.

Nieraz byłem zły na siebie, gdy napotkała mnie wichura lub burza. Widoki czasem były przerażające, bo wiatr wyginał drzewa na trasie. Gałęzie spadały z góry. Na drugi dzień po biegu w wiadomościach dowiadywałem się o zniszczeniach w okolicy. Każdy orkan lub cyklon niszczy miejsca, gdzie przebywa, a kiedy jest się w samym środku wichury, otoczenie wygląda całkiem inaczej niż w telewizji. Biegnąc, oczywiście o tym zapominam, ale kiedy później patrzę na zdjęcia cieszę się, że wyszedłem z tego cało.

Biegi to dynamiczne zajęcie, a na trasie może wydarzyć się naprawdę wszystko. W Oleśnicy miałem numer 103 i takie właśnie zająłem miejsce po przekroczeniu mety. Żartowaliśmy z kolegą, co będzie, gdy następnym razem otrzymamy numery z pierwszej dziesiątki. W pracy podczas półmaratonu powiedziałem sobie, że jeśli przebiegnę trasę poniżej 2 godzin, to moja koleżanka, która była chora – wyzdrowieje. Biegi dedykowałem też swoim dzieciom i różnym wydarzeniom swojego życia. Zwykle to co założyłem, sprawdzało się, więc jest przynajmniej trochę prawdy w sile ludzkiego ducha.

Biegnąc maraton w Ulm myślałem o przebiegnięciu go w 4 godzin. To naprawdę super wyczyn dla biegacze, który ma 55 lat. Ostatecznie chyba udało mi się zrealizować cel, bo mój czas wyniósł 4 godziny i jedna minuta. Wynik stanowił dla mnie coś więcej niż jednym z życiowych osiągnięć. Dodał mi wiary w to, że za pomocą sportu można wiele zyskać. Nauczyłem się walczyć i wygrywać z własną słabością, co ma kluczowe znaczenie w na przykład w dochodzeniu do zdrowia. Chciałem jeszcze więcej biegać a co jeszcze ważniejsze, pragnąłem podzielić się tą pasją z innymi.

Na jednej z rozgrzewek, spotkałem bardzo ciekawego partnera. Z miejsca gdzie mieszkałem pobiegłem wówczas w kierunku rzeki Donau. Podczas odcinka przez park zauważyłem w oddali biegnącego mężczyznę. Biegł jakoś dziwnie, więc pomyślałem, że brak mu doświadczenia. Postanowiłem dogonić go i przekazać mu motywujące wskazówki.

Kiedy już byliśmy blisko siebie przywołał mnie po niemiecku. Gdy się do niego zbliżyłem przedstawił się grzecznie. Okazało się, że był Turkiem i miał 63 lata. Rozmawialiśmy o maratonie, w którym obaj braliśmy udział. Byłem przekonany, że moje 4 godziny zrobią na nim wrażenie. Sporo się pomyliłem. Powiedział, że słabo mu poszło bo na połówce złapał kontuzje, ale mimo takich kłopotów miał 3godz. 30Min. Gdy obserwowałem jak się porusza, byłem przekonany, że kłamie. Ani rytm, ani sylwetka na to nie wskazywały. Zachowałem jednak te spostrzeżenia dla siebie.

Pobiegliśmy razem wzdłuż rzeki około 5km tam z powrotem cały czas rozmawiając. Był ode mnie starszy o 8 lat, ale okazał się twardym gościem. Zbliżając się do jego mieszkania powiedział do mnie ze możemy razem trenować. Podczas rozmowy w jego domu, pokazał mi dyplom potwierdzający wynik. Później dowiedziałem się, w 1982r był mistrzem maratonu Azja – Europa z czasem 2 godz i 25 min. Trenowaliśmy razem około 1 ,5 roku. Okazało się, że z niego faktycznie super biegacz. Nigdy nie miałem szans osiągać w treningach podobne do niego wyniki. Miał super kondycje i szybkość. To on mnie przygotował do maratonu w Paryżu gdzie zdobyłem mój najlepszy czas 3,49 min i po dobiegnięciu nie czułem zmęczenia. Może bym lepiej pobiegł, ale go nie posłuchałem , mówił do mnie zacznij bieg z ludźmi którzy biegną na 3 godz a nawet na 2,5 godz. W dodatku przy ostatnich 10 km ze nie mogłem szybciej biec bo robił się korek dużo ludzi wysiadało, idąc a nie biegnąc.

Maraton w Berlinie okazał się dla mnie sporym wyzwaniem. Kupiłem nowe, drogie buty i myślałem, że przyczynią się one do poprawy wyniku. Na trasie nogi mi spuchły, a stopy bolały. Po 30 km myślałem, że będę musiał zejść na pobocze. Po raz pierwszy w mojej krótkiej karierze przeżyłem taką katastrofę. Musiałem inaczej stawiać nogę, co zapewne wyglądało dziwnie dla osób obserwujących mnie z boku. Przechylony jakoś dobiegłem do mety, gdzie zajęły się mną służby medyczne. Dostałem zastrzyk i opatrzono mnie. Duży palec był siny

Pracując jako opiekun osób niepełnosprawnych, miałem dużo zajęć, ale mimo wszystko dodatkowy wysiłek fizyczny dawał mi olbrzymią ulgę. Bieg na kilkunastu kilometrach sprawia, że czuję się jak nowonarodzony i szybko zapominam o troskach dnia. Zimą bieganie jest szczególnie ważne, ponieważ taki trening pozwala dobrze rozgrzać się przed wyzwaniami, czekającymi w kolejnych godzinach. Ważny jest też szybki prysznic, który pomaga zahartować ciało i ducha, co w okresie zmniejszonej odporności jest istotne dla osób często zapadających na przeziębienie i grypę.

Obecnie jestem po zawale i przynajmniej na razie nie mogę sobie pozwolić na bardziej intensywny wysiłek fizyczny. Powoli jednak dochodzę do siebie i mam nadzieję, że już wkrótce pojawimy się razem na trasie. Powiem wam jedno: nie ma dobrego, czy złego momentu, aby zacząć się ruszać. Najciężej jest przełamać lęk przed wysiłkiem i postawić te pierwsze kroki. Później nogi same was poniosą, a kolejne kilometry staną się jedynie wpisami na liczniku osobistych osiągnięć. Nie ścigamy się jednak dla lepszych czasów czy ładniejszej figury. Prawdziwą radość z biegania daje jedynie uczucie niezależności i siły. Będąc na trasie jestem wolny i niezależny, czuję, że mogę dotrzeć dokądkolwiek chcę, a to uczucie może doprowadzić człowieka naprawdę daleko.

Moje wyniki

1 —-  2010r. —czas.   2.06 godz

2 —-  211r. – czas     2.13 godz

Półmaraton Ulm

28.09.2014r.- czas 1.44 godz mój najlepszy czas półmaratonu

1-Maraton Wrocław pierwszy 

Czas  —-  4.30 godz

2- Maraton  Zurich 7.04.2013r

Czas  — 4.19 godz

3-Maraton Ulm   29.09 2013r.

 Czas — 4.01 godz.

4.  Maraton Paryż  6.04.2014r.

Czas — 3.49 godz mój najlepszy czas maratonu

 5. Maraton  Wiedeń  jesień  2014r.

Czas. Ponad 4 godz.

6. Maraton  Amsterdam wiosna 2015r.

Czas 4.06 godz

7-Berlin marton      27.09.2015 r.

Czas 4.16 godz

2 półmaratony Berlin


Opublikowano

w

przez

Tagi: